Zima, zima, lata ni ma…

10 02 2010

Ludzie ciągle narzekają, że nie lubią zimy. Bo niby jest mroźno, zaspy sięgają po pas i szaleje grypa (pozdrawiamy koleżankę A/H1N1). W naszej szerokości geograficznej zima zdarza się co roku, więc żadne to odkrycie, że mróz i tak zaatakuje, a śnieg zasypie okolicę. Trzeba się przystosować i nie być wiecznym malkontentem. Przez kilka lat z rzędu zima skutecznie omijała nasze tereny i wszyscy naiwnie pomyśleli, że tak już zostanie na zawsze. Nie ma tak dobrze. Takie już nasze szczęście i mamy 4 pory roku, które skutecznie urozmaicają nam życie. Nie wyobrażam sobie życia w klimacie, gdzie wiecznie jest ciepło. Śnieg i mróz są powodami do zazdrości, bo co to za święta bez białej połaci na zewnątrz, bez sopli zwisających z dachu. Żadne. Ludzie bezkarnie kaszlą na siebie w autobusach, a w Przemyślu grasują niedźwiedzie, które powinny dawno spać. Niska temperatura to bezlitosna zabójczyni larw insektów atakujących każdego letniego sezonu. Co prawda są też minusy zimowej aury. Można pośliznąć się na oblodzonym chodniku i niefortunnie pogruchotać kończyny. Jest też wersja dla wielbicieli chirurgów – odmrożenia. Taka jest cena zimowego obrazka za oknem, za który przymusowo musimy zapłacić. Zwrotów nie przyjmujemy.





Lato wciąż trwa

2 09 2009

Ostatnie promienie wakacyjnego słońca, coraz słabsze i nie tak gorące jak kiedyś, ale wciąż letnie, święcą ciągle na niebie. Studenci mają ten bonus, że pora studiowania zaczyna się w październiku, dostają więc miesiąc wakacji gratis w przeciwieństwie do zwykłych uczniów. Jednak mimo wszystko czuć jesień w powietrzu. Liście zaczynają powoli żółknąć, noce stają się chłodne, poranki nie rozpieszczają temperaturą. Jak na razie pogoda oszczędza nam uciążliwych ulew, jakie były obecne w lipcu i na początku sierpnia. Tegoroczne lato raczej nie da się zaliczyć do najlepszych. Nie było zimne, ani tym bardziej gorące, raczej średnie. Brakowało słońca, a gdy wreszcie się pojawiło, zwiastowało następną burzę. Współczucie dla powodzian, którzy i w tym roku musieli zmagać się z żywiołem. Koniec końców kolejna deszczowa końcówka lata jest nie do przyjęcia, jednak czas pokaże. Na razie pogoda nas rozpieszcza, oby tak dalej. Być może przyjdzie nam podziwiać złotą polską jesień, o którą w ostatnich latach coraz trudniej.

009_1





Kalina Pany !!!

25 06 2009

Tak oto zakończył się mój romans z Kaliną, znanej szerszej publiczności jako jedna z dzielnic Lublina, Kalinowszczyzna. Przyznam szczerze, nie uśmiechało mi się tutaj mieszkać. Daleko do centrum, mnóstwo żuli, a blok w którym mieszkałem zawładnięty przez amatorów napoi wyskokowych. Lecz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dojazd świetny, pod samym blokiem „Biedronka” i pizzeria „Da Grasso”, niedaleko „Carrefour”, prawie wszystkie rodzaje sklepów znajdowały się w pobliskich pawilonach, i co najważniejsze, niecałe pięć minut do dworca PKS. Spędziłem tutaj pierwszy rok moich studiów, i z perspektywy czasu stwierdzam, że było całkiem przyjemnie. Kalina to piękna dzielnica, zwłaszcza jeżeli można ją podziwiać z balkonu z 10 piętra. Trzeba oczywiście mieć wiele cierpliwości mieszkając tutaj. Słysząc conocne imprezy na 1 piętrze do 3 rano, wiedząc, że winda którą jedziesz przyjęła wszystkie możliwe rodzaje fekaliów, wysłuchując ciągłych próśb o 50 gr na wino, spotykając śpiących pijaczków na klatce schodowej lub nadsłuchując kolejnej litanii sąsiadki z piętra, czasami masz już serdecznie dość.

Winda, która już nie jedno przewiozła.

Winda, która już nie jedno przewiozła.

Wracając późno w nocy do mieszkania, rano odczytywałem tonę smsów czy żyję, czy nic mi się nie stało, czy mnie nie okradziono. Fakt, Kalina jest dzielnicą cudów, ale ludzie którzy tu mieszkają nie są źli do szpiku kości, co najwyżej zagubieni. Zagęszczenie alkoholików na metr kwadratowy przekracza tu wszelkie dopuszczalne normy, ale przynajmniej monopole mają utarg.
Królowa żulic i jej podstarzały macho, dziadek z astmą zza ściany, cała załoga „Biedronki” znająca nas na wylot i vice versa, kotek bez ucha, starowinki z bazarku to osobowości, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci i będą budzić w większości miłe wspomnienia. Napisy na murach jasno głoszą – „Kalina stolica lublina”, „Kalina Pany”. Coś w tym jest. Dlatego tak trudno jest mi się stąd wyprowadzać. Kto wie, może w przyszłym roku także czeka mnie zaszczyt mieszkania na moim zakręconym osiedlu? Marzenia marzeniami, ale prawda jest taka – uwielbiam to miejsce i zawsze będę mieć szacunek dla ludzi z Kaliny.
Molochy wtopione w horyzont

Molochy wtopione w horyzont





Panie, rzuć grosika…

31 05 2009

drobneKwestowanie to poważna sprawa. Zwłaszcza jeżeli będziesz później rozliczany z ilości geldu jaki uzbierałeś. A gdy cel jest szczytny, np. zbierasz datki na swoją ukochaną uczelnię, starasz się dać z siebie jak najwięcej (wysiłku).
Stanie pod kościołem przez pół dnia z brzęczącą (o ile masz szczęście) puszką nie wydaje się być trudnym zajęciem. „Ja zbieram, wy wrzucacie” – ot i cała zabawa. Mimo wszystko trzeba poświęcić swój wolny czas i odrobinę cierpliwości. Nie jest tak, że jeżeli już na cokolwiek zbierasz, to ludzie walą do ciebie drzwiami i oknami, aby wynagrodzić twój wysiłek. To nie są zawody. Szczęściem może być towarzysz niedoli, w innym wypadku może być trochę gorzej. Ludzie wrzucający pieniądze do puszek są bardzo pozytywnie nastawieni do całej akcji. Z uśmiechem na ustach pytali na co przeznaczony jest fundusz ze zbiórki, jak się trzyma uczelnia, o kierunek studiów, o tym jak ciężko pewnie jest stać w deszczu i zbierać pieniądze, kierowali wyrazy współczucia, gdyż sami kiedyś stali pod kościołami i zbierali na KUL ;] . Opowiadali historie swojego życia – o smacznych obiadach za 3 zł na kulowskiej stołówce, o tym jak wspaniale było niegdyś studiować, o tym, że przy każdej okazji wspierają KUL, o przyznawaniu przez uczelnię tytułów doktora honoris causa, o swoich dzieciach studiujących na innych uczelniach, o kulowskich rekolekcjach, o tym, że kul ciągle jest lewacki, ale poza tym nie jest z nim aż tak źle (!). Datki wrzucali wszyscy – młodzież, studenci (tak, studenci też), zakonnice, ludzie w średnim i podeszłym wieku. Każdy dawał ile mógł, zależnie od możliwości. Prawdą jest fakt, że ludzie, którzy wydawali się być w ciężkiej sytuacji materialnej, prawie zawsze wrzucali jaką kwotę na cel kwesty. Staraliśmy się okazać naszą wdzięczność niezależnie od kwoty, bo ta się tak na prawdę się nie liczy. Starsza kobieta, możliwe że w wieku mojej babci (95 lat), zastanawiając się, czy wrzucić swoje cenne drobne do puszki mojej czy koleżanki, powiedziała, że jednak woli chłopca. Jedna pani czuła się wręcz winna, że wzięła ze sobą za mało pieniędzy, ale zapewniliśmy ją, że nie liczy się kwota, a jedynie sam gest woli wsparcia naszej uczelni. Takich wzruszających sytuacji było sporo, z każdym ofiarodawcą wiąże się jakaś szczególna historia.

Kwesta zdająca się być dla wielu wyrokiem (i przyznam się szczerze, że dla mnie także), okazała się być niezłą zabawą, miłym spędzeniem czasu pomimo trudnych warunków atmosferycznych, niezapomnianą lekcją życia. I od razu z góry deklaruję się, że zbieram na KUL w przyszłym roku =]





Zaufaj tłumowi, a zginiesz

20 05 2009

Koncert to zwykle przyjemne widowisko, czas na dobrą zabawę i oderwanie od szarej rzeczywistości. Nie ma to zazwyczaj niestety nic wspólnego z bezpieczeństwem ludzi biorących w nim udział. Wiem to z własnego doświadczenia. Widowiska bowiem rządzą się własnymi prawami.
W jednym z juwenaliowych koncertów dane mi było uczestniczyć, dzięki uprzejmości kolegi, stojąc tuż pod sceną, w sektorze przeznaczonym dla jednostek ze specjalną akredytacją. Ludzie stojący przy barierkach pod drugiej stronie chcieli za wszelka cena dostać się bliżej sceny. Mimo to wszyscy, którym się to udawało dzięki rękom zgromadzonych fanów, zostawali natychmiast wyprowadzani przez jednostki nadzorujące koncert. Dla jednego z rozentuzjazmowanych fanów skończyło się to dosyć kiepsko. Niestety, upadek po drugiej stronie wiele go kosztował. Nie został w porę złapany przez pracowników zabezpieczających koncert i uderzył tyłem głowy o leżący na ziemi reflektor. Ochroniarze nie wiedzieli co zrobić z bezwładnie leżącym człowiekiem. Boję się pomyśleć co byłoby, gdyby nie jeden z fotografów, Karol Furmanek, który zwrócił im uwagę, że ów człowiek stracił przytomność, a jego kurtka jest z tyłu prawie całkowicie zakrwawiona. Poszkodowany został przeniesiony do ambulansu i nie mam pojęcia, co dalej się z nim działo. Pomijam w tym wszystkim głupotę głównego poszkodowanego, i ludzi, którzy go w ten sposób przerzucili. Chodzi mi raczej o reakcję, a raczej brak reakcji tłumu na tą, bądź co bądź tragedię. Przed momentem ktoś mógł stracić życie w wypadku pod sceną, ale to nie jest w ogóle ważne, bo przecież trwa koncert! Zespól gra dalej, ludzie bawią się równie dobrze. Nie chodzi mi o przerwanie widowiska, ale o zauważenie całego zdarzenia, zaapelowanie chociażby o rozwagę. Praktycznie nikt oprócz fotografów nie zwrócił na ten fakt większej uwagi. Wypadki się zdarzają, ale czy musimy być wobec nich całkowicie obojętni ? Czy tłum posiada w ogóle jakąkolwiek moralność? Ktoś mógłby zarzucić, że takie jest ryzyko dostania się pod samą scenę i trzeba brać odpowiedzialność za własne decyzje. Jednak czy ty także chciałbyś być zignorowany w momencie, w którym najbardziej potrzebujesz cudzej pomocy? Być może nadmiernie emocjonalnie podchodzę do sprawy, ale w odległości mniej niż metr ode mnie mógł zginąć człowiek, a uwierzcie, że nie jest to fajne uczucie.
Osoba ta miała wiele szczęścia, tym razem jej się udało. Osobiście nie chce zdawać się na łaskę tłumu wyzbytego z litości, miłosierdzia, nie liczącego się z jednostką. Nie chce zginąć anonimową śmiercią wśród ludzi całkowicie wobec mnie obojętnych.





Praca na sezon

14 05 2009

Gdy student w szybkim tempie chce zarobić wystarczająco dużo, aby stać go było na kolejny, bezproblemowy (finansowo) rok studiowania, z reguły decyduje się podjąć pracę za granicą. Wyjście dobre i pochwały godne, ale nie jest tak łatwo jak się wydaje.
Zaczyna się od poszukiwań. Znajomi pracujący w innych krajach mogą okazać się niezawodną przepustką za granicę. Nie ma to jednak jak stary, wyświechtany sposób szukania posady przez Internet. O ile po inne lata ofert pracy było dosyć sporo, tak obecnie jest ich mniej i skierowane są zwykle do bardziej wykwalifikowanej kadry pracowników, niż do nie posiadającego prawie żadnego doświadczenia studenta. Możliwe, że to wina kryzysu, możliwe, że to wina zbyt dużej siły roboczej z Polski, która zajęła już co atrakcyjniejsze stanowiska pracy. Jak wiadomo żadna praca nie hańbi (prócz społecznej), a dla chcącego nic trudnego i swą posadę prędzej czy później znajdzie. Pracy najczęściej szuka się w krajach takich jak Niemcy, Holandia, Irlandia, Włochy, w Wielkiej Brytanii, i od tego roku legalnie w Belgii. Sezonowe zatrudnienie można zdobyć najczęściej w branży budowlanej, hotelarskiej, kateringu czy przy zbieraniu owoców. O ile praca w hotelu czy restauracji jest ciężka i zazwyczaj wymagająca, tak praca na budowie albo przy zbiorach (choć zdarzają się wyjątki) to nie rzadko prawdziwe katusze, które nie są tak dobrze opłacane jak mogłoby się to z początku zdawać. Wydaje się jednak, że lepiej przeboleć te 3 miesiące i wrócić z zarobionymi pieniędzmi, niż przesiedzieć w domu i zostać z niczym, lub zarobić dwa/trzy razy mniej tu na miejscu w Polsce. Nie jest łatwo znaleźć dobre ogłoszenie, więc warto kierować się bezpośrednio na zagraniczne serwisy pracy, lepiej szukać u źródeł. Gdy zaradny student znajdzie już wymarzoną pracę na 3 słoneczne miesiące swej egzystencji, śmiało może wyruszać za granicę, by skonfrontować swe wyobrażenia z brutalną rzeczywistością. Jeszcze tylko kilkadziesiąt euro/funtów na drogę i można śmiało podbijać nowo poznany świat.
Co roku dziesiątki tysięcy ludzi wyjeżdża za granicę w celu polepszenia swojej obecnej sytuacji materialnej. Taki wyjazd może być często świetną przygodą, niezłą zabawą pomimo harówki, niezastąpioną szkołą życia, a dla młodych ludzi pierwszym poważnym krokiem w dorosłe życie.

7089_2009020128





Jak w zwierciadle

1 05 2009

pc-wladcaluster
Każda osoba jest wypadkową miejsca, czasu i ludzi wśród których przyszło jej dorastać. Spełniamy lepiej lub gorzej wymagania, które stawia przed nami rzeczywistość. W pewnym momencie jednak stwierdzamy, że jesteśmy tylko zbiorem luster, które odbijają to, czego chce od nas otoczenie.
Jak w zwierciadle odbicie znajdują w nas wartości, poglądy, emocje obcych jednostek. Niektóre przeżyte przez nas wydarzenia pozostawiają rysy, które na zawsze zniekształcają obraz. Życie społeczne często wymaga elastyczności, nie jest monotonne, lecz pełne dynamiki i różnorodności. Człowiek więc gra wielorakie role, niezależnie od tego, czy mu się to podoba czy nie. Ma różne twarze, które zmieniają się jak maski w teatrze, zależne od sytuacji i nastroju. Dostosowując się do świata w którym żyjemy, kształtujemy własną osobowość. Zaczynamy przejmować cechy ludzi znajdujących się w naszym otoczeniu, ale oni także nie pozostają obojętni na nasz wpływ. Stajemy się tacy, jacy byli w większości nasi protoplaści. Można buntować się przeciwko wymaganiom, mimo to zawsze pozostanie na nas ich piętno. Pojawia się więc pytanie, czy jesteśmy tylko chaotycznym zlepkiem różnych wartości i wciąż sprzecznych ról, czy autonomiczną wolną od wpływów jednością? Ważne jest, by odróżnić własne „ja” od tworzonej fasady i ciągłej gry pozorów, inaczej tożsamość, która zapewnia jednolitość własnej osoby, zaczynie powoli się rozmazywać, aż w końcu całkowicie zaniknie.
Możliwym jest, że tak na prawdę nie da rady uwolnić się od wpływów otoczenia i ciągłej zmiany swojej osoby ( i to nie zawsze na lepsze). Jednakże liczy się, aby nie być biernym pionkiem, ale aktywnym działaczem w procesie rozwijana własnej osobowości i mieć realny wpływ na to, jakimi stajemy się ludźmi.